Zakłócenia

Przechodnie mają zamiast głów radioodbiorniki. Wystarczy wyjrzeć przez okno i ponownie się nie zadziwić. Ja też go mam. Stanęłam pewnego dnia przed lustrem i uśmiechnęło się do mnie coś z wieloma pokrętłami i ze śmiesznymi okienkami, które miały samochodowe wycieraczki. Dziwnie drgały przy każdym głębszym oddechu. Co się tyczy uśmiechu, był on bardzo nieszczery. Zamiast okrągłej buzi, policzków, oczu i uszu widziałam odbiornik, którego mechanizmu nie znałam. Trudno śmiać się w takiej chwili, z taką oto twarzą. Kiedy próbowałam wydać z siebie chichot wyrwał się ze mnie trzask. Postanowiłam w ogóle się nie śmiać, bo bardzo nie podobał mi się ten odgłos.

Na półkach w moim mieszkaniu stoi wiele książek. Ich lektura miała mi pomóc uporać się z konstrukcją własnego radia. Jednak im więcej ich czytałam tym bardziej przekonywałam się jak bardzo niezdolna jestem do kierowania sama sobą. Nie szło pozbyć się tego sprzętu, ani nawet umyć zębów, bo chyba ich nie miałam. Odpadało też mycie włosów, bo już nie rosły. Tak jak wstałam z łóżka i stanęłam przed lustrem, tak wypadłam na ulicę. Niby wiedziałam, że radio jest moją nieodłączną częścią, ale byłam cała rozdygotana i zdecydowanie niepogodzona z własnym ciałem. Bez śniadania, w piżamach, z radiem, prawie staranowałam kobietę, której, to co miało być głową, straszliwie rzęziło. Nawet mnie nie zauważyła. A to jedną, a to drugą ręką uderzała się po swojej dziwnej głowie, która świetnie się bawiła w rytm jej zdenerwowania. Ależ ona była głośna. Jak można słuchać takich rzeczy? Pani, wycisz ten hałas, myślałam. Moja muzyka nie była jednak wcale lepsza.

Nie potrafiłam się wyłączyć. Co chwila odzywał się, głosem ponurego konduktora, prowadzący mojej całodniowej audycji. Przypominał jak długi będzie dzień, zwiastował najgorsze i rozkręcał się w wyliczaniu moich ostatnich niepowodzeń. Zgłodniałam. Stwierdziwszy, że trzeba żyć dalej, czy się rzęzi czy nie rzęzi, poszłam do żabki. Stanęłam w kolejce sklepowej, a mała dziewczynka przede mną trzymała za rękę swoją mamę, której odbiornik był na etapie discopolo przechodzącego w dubstep. Miej litość życie, myślałam. Dziewczynka była za to w swoim świecie. Dumnie nosiła różowe radyjko, z którego rozlegały się piosenki o kucykach, słoneczku i kwiatkach. Było to nie do wytrzymania, ale byłam głodna i musiałam kupić te swoje baterie, więc stałam dalej w kolejce. Dziewczynka odwracała się co chwila do mnie i przewiercała mnie wzrokiem. Choć oczu jako takich nie miała, widziałam jej spojrzenie, a mały dymek irytacji ulatywał z jej głośniczków, które być może były też uszami. Oby ci się przewody w tym twoim radyjku przepaliły ty mała smarkulo, pomyślałam, a może zawyrokował ponury konduktor w mojej głowie. Było mi za głośno, za szybko.

Nie dało się mnie słuchać. Ludzie omijali mnie szerokim łukiem i nic dziwnego. Może jednak chodziło o piżamy, łudziłam się. Moja rutynowa, poranna składanka doprowadzała mnie na skraj słyszalności czegokolwiek oraz do myśli, by oddać własną głowę za pół darmo. Ale kto by chciał taką głowę? Chyba jedynie złomowisko.

Niełatwo taki mechanizm utrzymać na karku i przekonałam się o tym bardzo szybko. Jak w deszczowe dni noszenie olbrzymiego parasola sprawia kłopoty na wąskim chodniku, tak teraz moja głowa, rozmiarów porządnego sprzętu audio, nie pomagała mi w utrzymaniu równowagi i nie stykaniu się z odbiornikami mijanych ludzi. Nie raz dochodziło do kolizji, które o dziwo dawały iście fizyczne poczucie bólu. Moje unerwione radio nie tylko relacjonowało mi na bieżąco każdą sekundę mojego życia, ale też wyliczało mi pulsujące siniaki i robiło wyrzuty.

W biegu zaczęłam, podobnie jak wcześniej spotkana kobieta, uderzać się po tym, co było moją głową. Szukałam stacji, która wprawiłaby mnie w dobry nastrój, ale szybko się poddałam, kiedy trafiałam jedynie na jednostajny, szorstki szum. Rozglądałam się po głowach innych i dostrzegłam, że wszyscy mierzyliśmy się z podobnym problemem.

Dotychczas przynosiło mi to ulgę – zamieć myśli. Uciekałam do niej. Teraz jednak szum boleśnie pokazał mi, że jest on zaprzeczeniem tego, czego pragnęłam najbardziej na świecie – ciszy. Ciszy, w której chciałam się na chwilę zgubić, by zaraz potem odnaleźć w niej to, czego potrzebowałam najbardziej – siebie.

Cisza jest ciemną przestrzenią, której pustka daje dowolność. W tamtej chwili pragnęłam jej najbardziej na świecie. W ciszym obieram ścieżkę przemyśleń. Intuicyjnie, wierzę w to, że tę najwłaściwszą. Wchodzę do głowy tam, gdzie jest największa potrzeba mojej obecności. Szum był i jest jedynie iluzją tego, że jestem. Tego, że nie jestem samotna.

Pragnęłam ciszy, ale aż strach pomyśleć, co by było gdyby radioodbiorniki ucichły. Z zakłóceniami żyje się wygodniej niż z ciszą. Cisza wymaga uwagi i poświęcenia. Ona boli.

Boli jednak mniej, kiedy złapie się właściwą rękę. Rękę osoby, z radiem innego producenta, ale nadającym na tych samych falach. Tak też zrobiłam. Wtedy i jedno i drugie radio zapadło jakby w stan czuwania. I usłyszałam tę ciszę, o którą tak zabiegałam. Pierwszy raz od dłuższego czasu zapragnęłam zapłakać. Nie było zakłóceń. Usłyszałam i siebie i Ciebie i świat.