O rzadkości

W słuchanych utworach szukam odpowiednich proporcji. Zakładam słuchawki, przymykam oczy i mam wymagania, które biorą się z tego, co aktualnie czuję. Za każdym razem wygląda to inaczej. Uczucia przychodzą i odchodzą, ale jeśli są dobre to trudno nie trzymać się ich blisko, jakby w nadziei, że zostaną ze mną na dłużej, choćby na zawsze. Z pełną koncentracją słucham i kiedy nie mogę pogodzić się z tym jak długo to trwa nim dotrę do ulubionego fragmentu, niecierpliwość mnie rozsadza. Kompozycja ma logiczne napięcia i kulminacje, które stopniowo się poznaje, ale dla mnie to za długa droga. Przewijam utwór do konkretnej minuty, pauzuję, słucham, wracam i powtarzam. Istnieje muzyka, z którą można by tak postępować w nieskończoność. Nie jest dla mnie problemem, by do zupełnego obłędu powtarzać pewne trzydzieści sekund, które sobie upodobałam. To taka chwila, kiedy jestem w stanie zrobić wszystko, by doświadczyć tych miłych dreszczy, które przeszły mnie podczas kosztowania konkretnych nut, tych frykasów, o których moje podniebienie nie śniło. Jednak te odsłuchanie, z którym wiązała się przyjemność, już dawno za mną, a ja dalej się łudzę, że powróci w swojej starej, znanej formie. Docieram do etapu, kiedy znam każdy szmer i zająknięcie melodii, a do tego mam kalejdoskop wyobrażeń tego jak to fizycznie było wykonywane. Jest to precyzyjna wizja, ale ze mną w roli wykonawcy. To już nie on śpiewa, to już nie ona gra. To ja zdzieram gardło w tym takcie, to ja łamię palce na tym pasażu. Funduję sobie perpetuum mobile przyjemności. Domagam się coraz większych dawek, ale wszystkie te najlepsze doznania zostały dawno za mną. Stanęłam w miejscu, w pełnym oczekiwaniu.  

Przypomina mi to odtwarzanie w pamięci śmiechu ukochanej osoby, z którą przed chwilą się rozstałam, a której nie będę widzieć przez długi czas. To jest również jak krajobraz, która zachwyca, ale został złapany jedynie w locie, przez brudnawe okno pociągu. Co to było? Jakie to były kolory? Co to był za uśmiech? Co znaczył ten gest? Wracam, odtwarzam, próbuję zapisać, zatrzymać. Śmiech się oddala, już przytłumiony, już nie dźwięczy, nie słyszę go ze wszystkimi alikwotami. Widok ucieka mimo pełnego skupienia, nawet odpowiednie okulary okazują się za słabe. Pozostają wyobrażenia, niezwykle barwne, ukształtowane, nie oddające tego, co wydarzyło się naprawdę, a jedynie naśladujące. To było krótkie, ale też piękne i intensywne do tego stopnia, że bez wahania zatraciłabym samą siebie, by tylko to przeżywać, nawet jeśli w okrojonej, fałszywej wersji.

Przyjemność jest sporadyczna i dobrze, bo w przeciwnym razie łatwo byłoby uzależnić się od podobnych doznań, a następnie poszukiwać ich na siłę. To doprowadziłoby mnie donikąd. Donikąd to taka ślepa uliczka, w której może i można mieć ciarki, ale raczej ze strachu, w obawie o własne życie, zwłaszcza te psychiczne. Moje serce ma limit wytrzymałości i potrzebuję, by poddać je co jakiś czas renowacji. Nie tylko ze względu na różne nieprzyjemności, przykre sytuacje, ale z racji odbierania tak wielu, drobnych przyjemności. Niekontrolowanie karmię się wszystkimi momentami, ale nawet te, które wydają się najsłodsze, mogą przyprawić mnie o problemy żołądkowe. Wtedy już nic nie smakuje dobrze.   

Z dzieciństwa zapamiętałam dobrze jeden ze swoich koncertów, na którym od początku wszystko działo się nie po mojej myśli. Ręce były spocone, a pierwsze trzy nuty, które zagrałam, nie przyniosły kontynuacji. Przerwałam. Zaraz jednak zaczęłam ponownie, a kiedy już skończyłam czułam, że jeszcze nigdy nie byłam tak spełniona. To była przyjemność wielkiej wagi. Po chwili siedziałam już na korytarzu i głęboko oddychałam. Gdyby wtedy ktoś spytał się mnie o imię, nazwisko, nie wiedziałabym co odpowiedzieć. Jeszcze przed chwilą stałam na scenie i dawałam wyraz swojej wdzięczności i oszołomieniu kłaniając się rozklaskanej publiczności. Jestem pewna, że gdyby trwało to o sekundę dłużej stanęłoby mi serce. Czułam jeszcze jak moje ciało drży od tych płytkich pokłonów. Pewnie gdyby były nieco głębsze to dałyby mi okazję na złączenie się w namiętnym pocałunku z podłogą. To byłoby dopiero przedstawienie. Wszystko to ta ludzka natura, wrażliwość, nogi jak z waty i serce, które nie jest w stanie przyjmować zbyt wielu wzruszeń, choć nieustannie o nie zabiega.

Nie mówię, że mamy zaprzestać szukania w życiu dobrych doznań. Mówię jedynie, by pomimo istnienia ich obu – przyjemności i tego, co budzi największy dyskomfort i ból, nauczyć się dbać o siebie i nie przerażać się tym, że cały czas balansujemy pomiędzy nimi. Trzeba dbać o to, by wiedzieć kiedy odpuszczać i odpocząć. Trzeba wiedzieć, kiedy trzymać tempo, kiedy zwolnić i czy aby na pewno potrzeba przyspieszyć, powtórzyć i zatrzymywać. Trzeba doceniać wszystkie te dobre rzadkości i nauczyć się za nimi tęsknić, a w przypadku tych złych – rezygnować i w żadnym wypadku nie pielęgnować. 

4 komentarze do “O rzadkości”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *