Organista mieszka w lesie nagich pni

Wyobraźcie to sobie. Codziennie odwiedzać miejsce, w którym zastaje się ten rześki chłód poranka, niezależnie od pory dnia. Szemrzące modlitwy. Wspinaczka po kręconych schodach. Stopień, po stopniu. Nieoznakowany górski szlak. Ciekawe czy będzie tak surowy i trudny do przebycia jak mówią, a może to będzie kolejna, rutynowa wędrówka? Pierwsze kroki na chórze wyraźnie zaznaczają się echem, zdążyły już obejść nawę główną i poboczne ołtarze. Wtedy je dostrzegasz. Dziwne, srebrne góry, a może anielskie trąby rosnące w oczach? Przykładasz dłoń do tego pomnika nieznanej ci monumentalnej siły. Zaraz dźwięk wznosi się ponad głowy nieobecnego ludu, niczym Monstrancja błogosławi wszystkim stronom świata, ale nie wiesz od której zaczyna. Po nim znikąd pojawiają się pnącza zieleni, owijają ci się wokół palców frazy, które nie mają już potrzeby udowadniać swojego istnienia, ale potrzebują twojej obecności. One po prostu wybrzmiewają, a ty słuchasz. Po raz pierwszy słyszysz organy.

Jedną z piękniejszych rzeczy jakie widziałam w tym roku był obraz Marcina Kołpanowicza przedstawiający wyłaniające się z prostego, zimowego krajobrazu sklepienie ogromnej katedry. Obraz przemawiał do mnie głośno i wyraźnie, mając za tło, przenikającą przez szklane ściany muzeum, zimę z prawdziwego zdarzenia, wiślańską bajkę otuloną białym puchem. Natura potwierdzała to, co artysta uchwycił. Niebo na obrazie, które przybrało strzelistą kopułę świątyni, było równie niebieskie jak niebo, po którym wodziłam wzrokiem spacerując po okolicy. Często obserwowałam jak parujący oddech przybiera kształt westchnień rozmywających się w błękitach, które z mojej strony na pewno były małymi zachwytami nad zastaną rzeczywistością. Moja początkowa interpretacja obrazu nie była odkrywcza. Pomyślałam – cisza – fajny stan, chciałabym doświadczyć. Widziałam w nim komunikat i modlitwę, ale śledząc wyłaniające się z horyzontu kształty kościoła nie mogłam nie pomyśleć również o akustyce, a idąc dalej – o muzyce niosącej ogromny ładunek emocjonalny i intelektualny. Muzyka organowa. I oni – organiści. W przeciągu ostatnich lat poznałam ich sporo. Wiele usłyszałam i zobaczyłam. Wiele mnie wzburzyło i zachwyciło. W szczególności jednak przez całą stertę refleksji przebiła się myśl o moim tacie. On pracuje, jakby powiedział Herbert, „w lesie nagich pni” i świecie korników już od 11 lat. Nie bardzo się zraża tymi kornikami, podchodzi do tego z powagą, ale też odpowiednią dozą humoru i dystansu. Tak, mój tata jest organistą, ale musiało minąć sporo czasu, kiedy nareszcie to dostrzegłam i zrozumiałam.

Nigdy nie lubiłam niedziel. Przypominały mi nie tylko o nieubłaganie zbliżającym się poniedziałku, ale też o nieuniknionej nieobecności taty. Przypominały mi o mszach, na których musi grać. Przypominały mi o jego zmęczeniu, które pod koniec dnia przebijało się przez pełne pogody oblicze. Widziałam tylko jedną stronę sytuacji. Organista – człowiek zapracowany, który często spotyka się z brakiem zrozumienia w postaci ignorancji czy pogardliwych komentarzy. Do tego rozrzucone po całym tygodniu zobowiązania, uniemożliwiające sensowne ułożenie innych zajęć.

Oczywiście widziałam też całą wzniosłość tej posługi, troskę o odpowiedni poziom muzyki, ale wszystkie pozytywy przysłaniał fakt stawiania jej w świetle ozdoby – pożądanej, ale niepotrzebnej.

To, że z takim podejściem do sprawy zainteresowałam się grą na organach zakrawa o cud. A cudów można doświadczyć w różnej formie. W moim przypadku była to dwójka osób, z czego jedna wznieciła we mnie iskierkę entuzjazmu, a druga nieumiejętnie próbowała go zgasić. Może pianistka na roku dyplomowym nie mogła usłyszeć niczego innego jak, że „nie będzie szanowana jako organistka”, że to zniszczy całą wypracowaną technikę i osiągnięte umiejętności? Cieszę się, że pomimo wielu gorzkich słów i zasianych wątpliwości, które powinny były sprowadzić mnie wtedy do pionu, rozpoczęłam swoją wielką organową przygodę, a moje pojęcie szacunku, spokojnie dreptało sobie dalej, by w końcu znaleźć się na ostatniej prostej do pełnego, jasnego sformułowania. Dlatego myśląc dziś – szacunek – myślę również – organiści. Myślę – wolność, bo choć nietrudno czasami widzieć w chórze, na którym się chowają, pewnego rodzaju klatki, jest w tym obrazku coś ujmującego i wzruszającego. Jest w tym troska (abstrahując od stopnia umiejętności), oddanie dla sprawy i ogromna ciekawość świata, która kryje się w różnorodnych organowych głosach i ich mniej lub bardziej umiejętnym wykorzystaniu. Warto podnieść głowę w kościele i stać się częścią tego dzieła i docenić najprawdziwszą, czułą naturę świata.

Wyobraźcie to sobie. Razem z ostatnią nutą zniknęła zieleń i na powrót słychać modlitewny szelest. Wychodząc z murów świątyni dostrzegasz, że z rzeczywistości ta świątynia wyrasta i w błękit się odmienia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.