Stare potwory pod łóżkiem

Zdjęcia

Wywołam wspomnienia 

co się chwalą swym szczęściem

dumnie twierdzą

przeżyłam

przeżyłem

wytrwałam

wytrwałem

.

co z tym co było i minęło 

co dawne i ważne

spisane na straty chwile i ludzie

z którymi łączące nas wstęgi przeciął czas 

sprzymierzeniec

.

choć przeszłość

tak często brudna i zmierzła

to z niej wyrastam

bez przeszłości 

w przyszłość nie spojrzę

bez ludzi 

co dumnie nie twierdzą

przeżyłem

wytrwałam

wytrwałem

przyszłości nie stworzę

.

Coś strasznie w tym domu miauczało. Może to brainworm, natarczywa melodia, która powoli i nieprzyjemnie drążyła dziury i gryzła mi głowę od wewnątrz. Może jednak adekwatnie do sytuacji to typowy braincat. Odgłos nasilał się. Mógł być wspomnieniem zwierzaka, który kręcił się niegdyś po moim domu. Kiedyś miałam kota, może nawet koty.

Myślałam wolniej tego wieczoru i zegar równie powoli tykał. Miauczenie nie ustawało. Było cienką, barwną linią w polifonicznym kalejdoskopie nocy. Mrugałam, ale nie znikała. Miałam przed oczami mieniące się kolorami mroczki.  

Wybiła dwunasta i na chwilę odwróciło to moją uwagę od uporczywych dźwięków. Kiedy zegar ucichł i wybrzmiał ostatni, najdłuższy kurant trzymałam się kurczowo poręczy schodów. Podniosłam głowę do góry i patrzyłam jak w nieskończoność pnie się dusza schodów. Coś nadal miauczało i nie przestawało.

Pogasiłam światła i położyłam się spać starając się nie słyszeć. Miauczenie nie ustawało, a ja mimowolnie wewnętrznie dialogowałam z tą przedziwną muzyką. Czułam, że mam na wyciągnięcie ręki miękkość kota. 

Leżałam na wprost granatowego sufitu i słuchałam kota, a może nawet kotów. Wydawało się, że wszystkie znajdują się tuż pod moim łóżkiem. Nie była to pierwsza taka noc. Chwyciłam się mocniej kołdry, choć nie dawała ona dostatecznego poczucia bezpieczeństwa jak w dzieciństwie. 

W końcu wstałam i wyszłam ze swojego pokoju. Tak trzeba. Skierowałam się tam, gdzie dawno mnie nie było. Było to jedno z tych pomieszczeń, w których nie decydowałam się na porządki. Nie widziałam w tym większego sensu. Wślizgnęłam się tam niepostrzeżenie i przyjrzałam się uważniej temu, co do tej pory tam zgromadziłam. Powitał mnie mrok. Zapaliłam wiszącą samotnie pod sufitem żarówkę. Zamrugała parę razy na moje wyzwanie, nieco niedowierzająco, a później rzuciła wystarczająco jasne światło na sprawy, które były tej nocy zdecydowanie za głośne.

Zbliżyłam się do starego łóżka i byłam coraz bliżej źródła muzyki. Uklękłam i zajrzałam pod mebel. Pod nim zobaczyłam wiele potworów. Zaśpiewały pełnymi głosami w momencie kiedy mnie zobaczyły, a ja nie miałam co z sobą począć. Zażenowana spuściłam wzrok, znalazłszy się w sytuacji dużo gorszej niż urodzinowe „Sto lat” wypływające w jednej chwili z wielkiego zgromadzenia ludzi. Potwory nie życzyły mi chyba aż tak dobrze, choć nie były wrogo nastawione. W końcu ja należałam do nich, a one do mnie.

Wyglądały na pozór niegroźnie, utkane z kłębków kurzu. Pewnie mógłby zmieść je wiatr albo dałyby się wciągnąć przez odkurzacz, ale jednak nadal tu były i nabierały krągłości. Nie było mnie tu latami, a ich było coraz więcej. I one i ja poddaliśmy się czasowi. Czas miał to do siebie, że odkładał się kurzem na wszystkim i niekontrolowanie powoływał do życia nowe stworzenia. Pod łóżkiem miałam więc wiele potworów, a niektóre były bardzo młode. Wszystkie były moimi kotami przeszłości.

Kiedyś je odwiedzałam, niedługo po tym jak się rodziły. Wydaje mi się, że nie było ich wtedy jeszcze tak zastraszająco dużo. Wskakiwały mi wtedy na kolana i domagały się pieszczot. Karmiłam je uwagą, a one rosły i zaczęły niepokojąco przejawiać ochotę, by przedostać się do pozostałych pomieszczeń domu. Właśnie wtedy postanowiłam je zostawić. Zbyt się bałam, że zdominują całą moją codzienność, że będę musiała jakoś o nie zadbać, a co gorsza – pogodzić się z ich istnieniem.

Postawiłam grubą linię oddzielającą mnie od tego, co było. Uspokoiło mnie to i dało chwilowe poczucie panowania nad sytuacją.

Był jeden dzień, kiedy dom zalśnił czystością. Odkurzałam ostatnie stopnie schodów, a na poręczy przycupnął jeden z moich kotów. Nie wiedziałam jak udało mu się wydostać z pokoju zapomnianego i zamkniętego na klucz. Wyglądał na niezwykle kruche, puszyste stworzenie i patrzył na mnie zielonymi ślepiami. Cały jego urok psuło syczenie wydobywające się z lekko rozwartego pyszczka. Było nieprzyjemne i pretensjonalne, zdawałoby się zazdrosne o uporządkowaną codzienność. Zeskoczył obok mnie, a za nim niósł się dym kurzu. Nie próbowałam go powstrzymywać, kiedy zbiegł na dół i skakał przez wszystkie pomieszczenia pokrywając brudem to, co dopiero posprzątałam. 

Patrząc na stare potwory pod łóżkiem postanowiłam nigdy więcej ich nie więzić. Otworzyłam drzwi szeroko, a one zgrabnie, choć niedowierzająco wybiegły, by rozpanoszyć się po całym domu.

Położyłam się na starym łóżku i ogarnęło mnie zmęczenie. Przykryło mnie ono jak ciężka pościel i zaprowadziło w sny, w których stawałam się jednym z nich – miękkim, choć kruchym potworem.

Gdy nastał poranek po raz kolejny zabrałam się za sprzątanie. Był to wysiłek warty swej ceny. Dom pełen był kotów przyczajonych w ciemnych kątach. Nocne miauczenie ustało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *