Można żyć bez powietrza

Wielu bliskich mi twarzy nie widziałam już od ponad dwóch miesięcy i rzeczywiście można by powiedzieć – to nic. Nie doświadczyłam i nie zrobiłam większości z tego, co miałam zaplanowane – kolejne nic. Jestem przez to może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, lecz widać można żyć bez powietrza. Tak parafrazuję znaną piosenkę. Tak śpiewająco skwitowałabym ostatnie miesiące.

Powoli wszystko wraca do normy. Świat jednak stanął na głowie i nie da się tego ukryć. Świat to mój kolega o bardzo wdzięcznym imieniu, ale pechowym losie, bo jest z niego prawdziwa ciamajda. Stoi na głowie – to pewne. Nogi są tam gdzie głowa, a głowa zajęła dumne miejsce nóg. Koszulka niebezpiecznie wysuwa się ze spodni. Całe szczęście zostaje tam gdzie jej przykazano i oszczędzony zostaje nam widok nagiego brzucha. Przyglądam się twarzy Świata, która czerwienieje z wysiłku. Usta mocno zaciśnięte układają się w cienką linię, jakby powstrzymywały wiązankę niecenzuralnych słów. Na pewno chciałby coś powiedzieć, ale w takiej pozycji nie jest w stanie zbyt wiele z siebie wydukać. Nie ma równoważników zdań, zdań pocieszenia ani zapytań. Nie jest w stanie zdobyć się na jakąkolwiek wypowiedź. Stoi tak na tyle na ile umie, ale nie trwa to długo, bo szybko traci równowagę.

Świat jest takim nieudolnym, smutnym człowiekiem z wieloma niedobrymi nawykami. Nie można mu zarzucić braku piękna, ale jest trochę zakompleksiony i skryty, a przy tym nie do końca sprawny i dość ociężały przez swoje gabaryty. Świat to mój koleżka z ławki. Dobrze się z nim gada, ale nie do końca potrafię go zrozumieć, bo niewiele mówi o sobie. Poszłabym z nim chętnie na wagary, by na tej głowie już nie stał, by ominęła go ta nieszczęsna lekcja. Stoi jednak na głowie i bardzo się stara, by zadowolić nauczyciela. Jego wysiłki pozostają daremne.

Ja nigdy nie umiałam stać na głowie i unikałam tego. Nie dziwiłam się więc jak bardzo słaby Świat okazał się na tych zajęciach wychowania fizycznego. Sala gimnastyczna zdawała się zmniejszać do klaustrofobicznie małych rozmiarów. Szkoda mi było przyjaciela. Wielkie było poniżenie, które przeżywał. Obserwowałam tę scenę i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie oddycham. Bez powietrza szło sobie poradzić, nie wątpię, ale przychodziło mi to z niemałym trudem.

Przyglądałam się Światu z coraz to większym niepokojem, tak jak to można przyglądać się nieprzystosowanemu do wszelakich akrobacji koledze z nadwagą. Nie utrzymał równowagi, chociaż miał asekurację w postaci ściany za sobą. Klapnął po długich sekundach z nieprzyjemnym, głośnym odgłosem na materac. Widziałam, jak usilnie prosi nauczyciela, by dał najniższą, zadowalającą notę, by zaliczył te ćwiczenie. Pedagog był nieugięty.

Świat nie umiał stać na głowie jak należy. Nie wiem jak zaliczy ten semestr, ten przedmiot, ten rok. Nie wiem jak sprosta problemowi, skoro miał ich tak wiele. Nas oboje to przerastało. Kiedy podniósł na mnie wzrok wzruszyłam ramionami, a on odpowiedział mi niezidentyfikowaną miną.

Pandemia pozwoliła sobie odebrać nam sposobność do bycia w pełni. Nagle okazało się, że właściwie byliśmy bardzo uprzywilejowani. Mieliśmy tak wiele obok siebie, a sięgaliśmy właściwie tylko po mały fragment tych darów. Niektórzy może byli w trakcie sięgania po coraz to więcej, by nagle pozostać z resztkami. Dotychczasowa budowa codzienności została wstrzymana. Te miesiące odebrały większości możliwość realizowania pasji i przeróżnych przedsięwzięć. Pandemia zabrała niekiedy to, co zapewniało godne życie. Jedno najważniejsze co dała to czas do przyjrzenia się rutynie, która mogła być jak działanie na automatycznym pilocie. Czas, w którym pęd i pośpiech nie miały już swojej racji bytu.

Ostatnie tygodnie mruczałam sobie razem z Demarczyk Pocałunki. Popadałam wtedy w melancholię. Przeglądałam fotografie i śpiewałam “to za mało”. Telefony, a z nim wszystkie te aplikacje umożliwiające widzenie siebie nawzajem, nieustanny kontakt – okazały się niewystarczające. Trudno było patrzeć na zdjęcia i filmiki, które przywoływały najlepsze czasy i wspomnienia – zdaje się nie dość przeżyte chwile, nie dość docenione momenty.

Jak wielkim ciężarem okazał się brak możliwości wzięcia drugiej osoby za rękę. Jak wielkim darem okazał się drugi człowiek.

Patrzyłam na powoli kręcącą się płytę winylową, której pocałunki, wbrew temu co sugerowałby tekst piosenki – są. Działy się nawet pomiędzy taką igłą a płytą, przedmiotami, które chociaż mi służyły i niosły wspaniałą dawkę muzyki -irytowały swoją niezmienną postawą i zdawały się wytykać mi nienormalność mojej sytuacji, mojego zatrzymania.

Liczba zachorowań – za duża. Liczba przypadków zarażonych beznadzieją, niekiedy wraz z chorobami współistniejącymi i z brakiem sensu wszystkiego – rośnie.

Bliskość i radość działa się w rzeczach pozornie niedostrzegalnych. Widać to było za oknem, gdzie wiosna urządzała pokazy autentycznego bycia we wspólnocie. Była niczym poetycki przemarsz cudownych relacji, których rozkwit, chwałę oraz jaskrawe transparenty mówiące – radość, radość, radość – obserwowało się z zazdrością.

Razem z nią nawet gwiazdy spotykały się na niebie. Niesłychane koniunkcje, choć właśnie tak milczące, jak w tekście piosenki, budziły w człowieku poczucie, że to wszystko było zawsze tak istotne i piękne, ale niekiedy zabrakło czasu, by się nad tym zatrzymać. Zatrzymanie nastąpiło.

Świat stanął na głowie. Nawet jeśli upadł to miał z materaca idealny widok na gwiazdy.

Potrzeba niekiedy stanąć na głowie, by zobaczyć jak wielkim przywilejem jest chodzić na dwóch nogach i jak pięknie jest doświadczać drugiego człowieka. Móc go po prostu kochać czy kłócić się z nim. Nie bawiąc się w dystans przyciągać się w ramiona i nieskończenie długo tulić na zgodę.

A kiedy już nareszcie stanie się na nogi można ruszyć z miejsca i przekonać się jak idealne ma się warunki do biegania. Można na nowo ustalić punkt startowy i końcowy, a następnie zbaczać z wyznaczonych ścieżek w imię spontaniczności – ku nieznanemu, nowemu, nieodkrytemu. Poszukiwać tej iskry, która pozwoli nam nacieszyć się pracą, pasją czy niezwykłym w swej zwykłości – oddechem. Głębszym, pełnym oddechem, za którym tęsknimy skryci pod maskami.