W czasie deszczu dzieci się nudzą i robią na drutach

(Obraz: Peter Vilhelm Ilsted – Dziewczynka robiąca na drutach)

Tłumaczę sobie, że spędzić cały dzień w retrospekcjach nie jest wcale czymś nagannym i nie świadczy jeszcze o posiadaniu w głowie kompletnego fiu-bdźiu. Fiu-bździu, które przecież zdarza się każdemu na jakimś etapie życia, w pewnym przedziale wiekowym albo w czasie epidemii. Retrospekcje to takie periodyczne czynienie kroków wstecz. Bywa to hektyczne, jak to zwykle w kontakcie z bolączkami przeszłości, kiedy to zaczynamy pławić się w żalu i myśleniu co by było gdyby. Nie można jednak nie zauważyć, że retrospekcje są powszechne, można powiedzieć łatwo dostępne.

Kiedy świat się zatrzymuje, a raczej skłania nas do tego, byśmy to my wyhamowali, zachwiana zostaje cała nasza prozaiczność – wtedy te retrospekcje zdają się być naszym punktem odniesienia do nadzwyczajnej w swej zwyczajności codzienności. Ratują nas one od obłędu i przypominają, że nadal jest coś do czego mamy nadzieję wrócić już wkrótce. Trzy kroki wstecz i mamy punkt wyjścia. Trzy kroki wstecz – kiedy to wszystko się skończy – by iść dalej tak samo czy już zupełnie inaczej?

Przemierzając kilometry internetu i wypoczywając w ulubionym kurorcie portalu społecznościowego natykałam się co chwila na znaki przeszłości. Żadna to nowość, ale tym razem były to zdjęcia znajomych – w ogromnej ilości – dziecięcych buzi, którymi to zwykli uśmiechać się w pewnym okresie ich życia. Sama – niedługo po tym jak zobaczyłam o dziesięć bajtli bez zębów za dużo – postanowiłam sięgnąć po stare fotografie. Była to z mojej strony pewnie jakaś forma solidaryzowania się ze społeczeństwem, które wkręciło się w łańcuszek przeszłej radości – taka integracja w obliczu obowiązkowych kwarantann, przerwania pewnego ciągu spotkań, pustek ulicznych. Jak miliony innych Polaków utonęłam we wspomnieniach. Umyłam ręce, ale nadal zostawiałam niehigieniczne odciski palców na coraz to większej ilości zdjęć. Patrząc na swoje zdjęcia zobaczyłam świat wolniejszym, bardziej pastelowym i mniej skażonym. Pomyślałam, że całkiem niezły mieli kiedyś ten Photoshop.

Byłam niższa o trzy głowy i miałam dwa kucyki. Mniejsza wzrostem i z mniejszą ilością lat – taki obowiązkowy areszt przyjęłabym pewnie nie jako nudę, ale jeszcze nie zupełnie jako bezradność, więc właściwie utkwiłabym w niezidentyfikowanym stanie zawieszenia. Stanęłabym pewnie w oknie, może z brodą na parapecie i obserwowała niebo. Jeśli miałabym centymetr albo pięć więcej – obserwowałabym podwórze marząc o egzotycznych odwiedzinach. Może tęskniłabym za kimś, kto istnieje, ale jeszcze o nim nie wiem. Może stłumiłabym poczucie dystansu i samotności. Może. W końcu byłam tylko i aż dzieckiem – wszystkiego można było się po mnie spodziewać.

Istnieje ewentualność, że całą tę sytuację potraktowałabym z lekceważeniem. Zamknęłabym się w przytulnym pokoju. Ktoś mógłby wkradać się do mnie co jakiś czas po cichu i doglądać czy jeszcze nie spadłam z wysokiego krzesła, na które tak dzielnie się wgramoliłam. Machałabym nogami i zignorowałabym to, że są strasznie krótkie i nie sięgają ziemi. Mniejsza z tym – mam swoją robótkę, której nie potrafię skończyć, a ubrana w ulubioną niebieską sukienkę czuję się najładniejsza pod dachem. Do tego mam łagodne światło wpadające przez okno i rodziców na zawołanie.

Kiedy spadłby deszcz mogłabym się ponudzić, bo czemu nie? W końcu czasie deszczu dzieci się nudzą. Pada deszcz, a szarość zamyka domowników w kole beznadziei, ale też w pewnej przytulności. Wszystko dzieje się w nieco sennej, puchowej aurze. Ostrożnie schodzę po schodach i staję w pół kroku obserwując niewielki salon. W półmroku wyrastają przede mną wysokie meble. Widzę dokładnie pięknie wyrzeźbione nogi stołu i instrument wpasowujący się w róg pomieszczenia. Początkowo czuję niepokój. Klawiatura pianina wydaje się równie wysoko jak za siedmioma górami, o których to czytałam w bajkach, a za którymi istnieją magiczne krainy i przygody pełne dziwnych kreatur i niebezpieczeństw. Cały pokój z chwili na chwilę nabiera ogromnych gabarytów. Na pulpicie widzę kartki, z których nuty uciekają ku na wpółotwartym ustom okna. Może gdyby tak zagrać w takt z podrygującym woalem firanki zobaczyłoby się, że materiał wchłonął całe słońce i wszystkie ciekawskie spojrzenia sąsiadów, którzy już od dłuższego czasu stęsknieni są kontaktu i plotek.

Byłam mała i patrzyłam jak pokój rośnie pod wpływem deszczowej pogody. Dopiero co piętro wyżej świeciło słońce.

Właśnie w taki deszczowy dzień można ponownie zmaleć. Nie podupaść na duchu, ani nie cierpieć z powodu słownego poniżenia. Po prostu fizycznie zmaleć. Choć byłoby się nawet i tym pluwiofilem, który to w kałużach tańczy fokstrota – nagle dostrzegasz, że zrobiłaś sobie dwa kucyki, masz niebieską sukienkę i wszystko cię przerasta, bo mierzysz niewiele ponad metr. Można kochać deszcz, życie, przygody i zabawę, ale się maleje. Takie już bywają okoliczności. Niekiedy trzeba zostać w domu.

Nie wiem ile jako dziecko można unieść. Wiem na pewno, że niewiele się mieści w małych rękach. W piąstce mogę trzymać najwięcej dwa cukierki i może trzeci na czarną godzinę. Gdybym wzięła do ręki pomarańczę nie utrzymałabym jej bez pomocy drugiej małej piąstki. Owoc upadłszy potoczyłby się dalej i zatrzymał na brzegu dywanu.

Nie dało się jednak nie wyczuć tego spokoju, który czai się gdzieś pod stołem. Cisza jest pastelowa, a za ścianą serdeczne krzątanie pulsuje miarowo. Świat się zatrzymał i pewnie byłam na to za bardzo bezradna i za mała. Nadal jednak miałam nudę i swoją niedokończoną robótkę na drutach. Przeżyję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *