Belzebub popiera sztukę

To słowa, które mogłyby widnieć na fasadach każdej ze szkół muzycznych. Może jako upomnienie albo przestroga? Może jako przypomnienie, że za doskonałością sztuki bardzo często stoi niedoskonały, niespełniony człowiek? Może jako przypomnienie, by nie tyle patrzeć artyście na ręce, ale zwrócić uwagę na to, co ma w głowie?

Herbertowskie spostrzeżenia Pana Cogito odnośnie artystów i przestrzeni, w której się obracają, wychodząc spod pióra kierowane były zupełnie innymi pobudkami wynikającymi z bolączek minionych czasów. Dziś zyskują przesłanie uniwersalne, z którego żal byłoby nie skorzystać i nie nakreślić tego kręgu piekielnego, który rozrasta się w sposób niewiarygodny, a który zamieszkują wszyscy ci – nie boję się tego napisać – toksyczni nauczyciele muzyki. To niezwykłe wytwory edukacji, z którymi możemy spotkać się w szkołach. Przybierają różne formy i sięgają po co raz to różne narzędzia, by przetrwać w zastanych warunkach. Balansując pomiędzy linijkami papierologii wynajdują piękne słowa, za którymi kryje się brak treści, a jedynie troska o własne korzyści. 

Kondycja psychiczna grupy zawodowej, jaką są muzycy, nie bywa najlepsza. Możliwe, że tym zdaniem właśnie strzeliłam sobie w kolano. W końcu sama obrałam muzyczną ścieżkę i prawdopodobnie obiorę kiedyś tę pedagogiczną. Czy pisząc o słabości muzyków przyklejam sobie łatkę niezrównoważonej albo chorej psychicznie? Nie. Mówię tylko, że nie brakuje absolwentów wyższych szkół muzycznych, którzy nie zadbali w odpowiedni sposób o to, co w głowie, pieczołowicie dbając o umiejętności muzyczne. To wszyscy ci przepełnieni nadprzeciętną wrażliwością i pochłonięci korygowaniem własnych karier. Ci rozdarci pomiędzy tęsknotą za ową permanentną owacją w postaci sezonu koncertowego a konfrontacją z piekielnym życiem. 

Wieczna estrada dla niektórych jest szczęśliwym zrządzeniem losu, ale dla pozostałych nie dość satysfakcjonującą wizją lub stanem nieosiągalnym, pomimo wyniesionych ze szkół bardzo wysokich oczekiwań i można by powiedzieć – odpowiednich kompetencji. 

Pytania się mnożą. Co dalej? Co jeśli nie będzie międzynarodowych tras koncertowych? Co jeśli nie będzie nagrywania płyt ani wygranych konkursów? Co z tymi wszystkimi ambicjami? Jak mam poradzić sobie z konkurencją? Co ze mną? Jak mam zarabiać? Jak mam żyć? Co dalej? 

Okazuje się, że tysiące godzin poświęconych ćwiczeniu, setki utworów opanowywanych tak, by znać je od początku i od końca, każda możliwa forma dotknięcia, dmuchnięcia i potrząśnięcia instrumentu muzycznego, nie daje silnych, ukształtowanych osobowości, a więcej wytresowanych, jakże biegłych w swej technologii robotów, u których na próżno szukać dojrzałości emocjonalnej. Są to jednostki, które z konkurencyjnością radzą sobie jedynie poprzez walkę, wyprzedzanie czy spychanie na bok spotkanych kolegów po fachu. 

Jest to pewnego rodzaju nerwica, którą większość chowa za maską taktu, wyrachowania. To postrzeganie ludzi jako potencjalnych rywali. Te nieustanne napięcie, wkładanie sił w gierki międzyludzkie rodzą lęki, które zaburzają poczucie własnej wartości. 

Co się dzieje z artystą, który nie wie kim jest? Niewiedza prowadzi do odosobnienia, co generuje ogromną potrzebę uwagi i miłości. Czym jednak dla takiego artysty jest uwaga i miłość, jeśli brak mu dojrzałości?

Życie zagubionego, niespełnionego artysty bywa wiecznym spacerem po piekielnym kręgu. To kręcenie się wokół własnej osi bez możliwości dalszego rozwoju. Rzadko idzie to w parze z chęcią do nauczania. Wielu muzyków nie zakłada, że jedną z życiowych – piekielnych – przeszkód do pokonania będzie nauczanie młodego człowieka. Zawód, który powinien mieć u swych podstaw pasję i powołanie do dzielenia się wiedzą, często staje się krzyżem, którego ciężar rozkłada się na barkach nauczyciela i jego podopiecznego. To ścieżka wybrukowana lękami, kompleksami i niegasnącą potrzebą udowodnienia wszystkim lepiej obytym ze sceną współpracownikom, że ma się wszystkie możliwe kompetencje. To co dzieje się w konsekwencji nie przypomina już procesu dydaktycznego. To praca niechętnie wykonywana, a muzyką dla uszu staje się zgryźliwość, brak wsparcia, atmosfery bezpieczeństwa, poczucia wewnętrznej wolności, jaką powinno zapewniać się uczniowi. To zdaje się być tylko wierzchołek góry lodowej, początek wszystkich czarnych scenariuszy, które pisane są za zamkniętymi drzwiami klas szkół muzycznych w całej Polsce.

Na wierzch wychodzą braki, które nie są związane bezpośrednio z muzyką. Są związane z zaniedbaniem rozwoju osobowości, która oprócz wrażliwości na sztukę, powinna mieć tę najważniejszą – czysto ludzką. Tę wrażliwość, która trzyma w pionie, kiedy życie układa się nie tak jak z góry się założyło.

Belzebub popiera sztukę. Belzebub patrzy na ręce artysty i słucha każdego wydobytego dźwięku. Belzebub zachwyca się estetyką. Belzebub nie patrzy, co w głowie. Belzebub nie patrzy, co w sercu.

2 komentarze do “Belzebub popiera sztukę”

  1. Pani Aleksando.
    Zupełnie przypadkiem trafiłam na Pani bloga, lecz muszę przyznać, że nie jestem rozczarowana. Piękne słowa, refleksje, myśli dręczące nie jednego z nas.
    Życzę wytrwałości w doszukiwaniu się prawdy i sensu, oraz czekam na kolejne odważne teksty!

    Z najszczerszymi serdecznościami
    I Niech Finezyjnie Jest

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.